🦬 Wywiad Z Żołnierzem Gromu
RT @Mariola38768960: Wywiad z żołnierzem Sił Zbrojnych Ukrainy rozwścieczył internautów jednym szczegółem Użytkownicy Twittera wyrazili oburzenie z powodu artykułu agencji Reuters, w którym dziennikarze przeprowadzili wywiad z żołnierzem AFU o znaku wywoławczym „Adolf”. 26 Apr 2023 05:16:05
️️ Zasubskrybuj ten kanał! oraz zostaw 👍 łapkę w górę!🐤 Mój twitter: https://twitter.com/Rey_Fortnite#epicpartner
GROM. 23 likes. Jednostka Wojskowa GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej – jednostka wojskowa Wojsk Specjalnych Rzeczypospolitej
GFKF. – Warto czasem przeczołgać się po brei. Poczuć, że jest się nie tylko oficerem dyplomowanym, ale przede wszystkim żołnierzem – mówi Roman Polko Roman Polko nie jest gościem o imponującej muskulaturze i kamiennej twarzy. Nie ma też atrybutów charakterystycznych dla wielu równych mu stopniem w naszej armii – sumiastych pułkownikowskich wąsów i pokaźnego brzucha. W gabinecie dowódcy GROM-u w podwarszawskim Rembertowie wita mnie niski mężczyzna o raczej chłopięcej sylwetce. Uśmiecha się szeroko i wesołym głosem zaprasza do rozmowy. Niemal z miejsca przyjmuje postawę dobrego kumpla. Patrząc na niego, trudno uwierzyć, że tego niepozornego, pogodnego człowieka charakteryzują stalowe nerwy oraz niebywała fizyczna odporność. I konsekwencja, która nieśmiałego niegdyś ministranta z Tychów zaprowadziła na stanowisko dowódcy najważniejszej jednostki w armii. Batalion samobójców Lecz wcale nie musiało tak być. Polko bowiem nie zawsze był konsekwentny. W podstawówce przez kilka miesięcy przygotowywał się do przedstawienia „Kot w butach”. Miał w nim wykonać układ choreograficzny z piłką. Nie bardzo mu szło, a gdy w trakcie jednej z prób zgubił piłkę, zezłoszczony dał sobie spokój z teatrem. No i lubił stawać okoniem. Póki trzymał się z dala od obcych, to, że miał własne zdanie, nikomu nie wadziło. Jednak w armii z jej bezwzględnym podporządkowaniem mógł mieć z tego powodu kłopoty. Najbliżsi nie wróżyli mu kariery – matka dzisiejszego pułkownika twierdziła wręcz, że wojsko go zmarnuje. A jednak… Zaraz po szkole oficerskiej we Wrocławiu por. Polko trafił do batalionu szturmowego w Dziwnowie. Był rok 1985, Ludowe Wojsko Polskie stanowiło część Układu Warszawskiego. I jak w pozostałych sojuszniczych armiach w wielu jednostkach obowiązywała reguła „krótkiego trzymania za ryj” żołnierzy niższego stopnia. Na szczęście dla Polki, dziwnowski batalion był inny. – Wzorem armii zachodnich starano się przygotować nas poprzez pozytywną motywację – wspomina dowódca GROM-u. Już wówczas dał się poznać z jak najlepszej strony. – Jako dowódca grupy szturmowej w trakcie szkoleń udowadniał, że ma głowę i jaja na miejscu – opowiada ówczesny kolega Polki, dziś wojskowy emeryt. – Batalion miał w razie wojny operować na głębokich tyłach wroga. Zatem brano nas na drugi koniec Polski i po akcji kazano przebijać się do jednostki. Mogliśmy rekwirować, co popadło: samochody, motocykle, rowery. Urządzano na nas łapanki z udziałem milicji, której mówiono, że ściga bandytów. Ale wiedzieliśmy, że musi nam się udać. Batalion, choć wyjątkowy, podlegał tym samym brutalnym prawom ówczesnej armii – w rzeczywistej akcji nikt nie wysłałby po nas misji ratunkowej. Dla dowództwa liczyło się tylko wykonanie zadania. Nie na darmo więc mówili o nas „batalion samobójców”… Egzotyczne podejście – Co nie zmienia faktu, że byliśmy najlepszym oddziałem w LWP – mówi Polko. – To Amerykanie przekonali Polkę, że trzeba się liczyć z życiem każdego żołnierza – twierdzi ten sam kolega. – Jednak generalnie doświadczenia z Dziwnowa uchroniły go przed szokiem poznawczym, jakiego mógł doznać, gdy zetknął się z oficerami armii zachodnich. Inny obowiązujący w NATO priorytet nie był już Polce obcy – własna inicjatywa i brak lęku przed podejmowaniem decyzji. Nawet takich, które mogłyby zagrozić karierze, co do dziś zresztą czyni go wyjątkowym oficerem. – Zawsze starałem się, by nawet szeregowy wiedział, że w komplikującej się sytuacji zadaniem nie jest dokładne wykonanie rozkazu, tylko osiągnięcie określonego celu w najlepszy możliwy sposób – opowiada Polko. – I gdy wcześniej ustalony plan zawodzi, wprowadza się nowy. „Jeśli masz możliwość konsultacji ze zwierzchnikiem, zrób to, jeśli nie, wykaż się inicjatywą, a nie bezradnością”, wbijałem żołnierzom do głów. Gdy przyszedłem do GROM-u, z zadowoleniem stwierdziłem, że nowi podwładni tak właśnie myślą. Tutaj na porządku dziennym są dyskusje w trakcie planowania. Nie ma sytuacji, gdzie to ja, dowódca, jestem jedynym mądrym. I nie jest tak, że nawet jeśli chrzanię głupoty, nie można mi zwrócić uwagi, bo przecież dowodzę. Jedyny ochotnik Rok 1989 również dla Romana Polki był czasem istotnych zmian – jego jednostka została rozformowana, a kadrę przeniesiono do Lublińca. Niewielka miejscowość nie była przygotowana na przyjęcie kilkuset nowych mieszkańców. Rodziny wojskowych przez wiele miesięcy mieszkały byle jak i byle gdzie. Co gorsza, żołnierzom oficjalnie zabroniono składania podań o przeniesienie. Okazja do wyrwania się z marazmu nadarzyła się trzy lata później, kiedy Polska zobowiązała się wysłać kontyngent do zajmowanej przez Serbów Krajiny. Batalion z Lublińca dostał rozkaz wydelegowania oficera do zagranicznej misji. – Nie było chętnych – wspomina Zbigniew, logistyk GROM-u (jego nazwisko nie może zostać ujawnione). – Kadra batalionu stała na placu, a dowódca czekał… Nikomu nie chciało się pakować w nieznane. No to wyszedł Polko i powiedział, że chce jechać. „To se, k… załatw!”, powiedział szef, wyraźnie rozczarowany, że będzie musiał się pozbyć najlepszego oficera. – No to „se” załatwiłem – śmieje się płk Polko. W kraju zostawił żonę z kilkunastomiesięczną córką Aliną. Jak zapewnia, nie było mu łatwo. Zwłaszcza że w trakcie tej misji przyszło na świat kolejne dziecko, tym razem syn – Adrian. Bałkańskie piekło W siłach UNPROFOR Roman Polko służył od kwietnia 1992 r. do grudnia 1993 r. Wrócił jako inny człowiek – który napatrzył się na śmierć. Krajina była wówczas objęta działaniami wojennymi. Jednak prawdziwą grozę żołnierzy ONZ budziły mordy na cywilach, najczęściej chorwackich, popełniane przez serbskie bojówki. Pozbawione uprawnień błękitne berety mogły co najwyżej bezradnie przyglądać się rzeziom. Później, już w Polsce, żołnierzy z tej misji poddano badaniom. Ich wyniki nie były najlepsze – wojskowi nabawili się nerwic, mieli na przemian ataki paniki i agresji. Krajinę zgodnie oceniali jako piekło. Rzadko który deklarował chęć powrotu na Bałkany. Ale Polko wrócił – sześć lat później, do Kosowa, po zakończeniu nalotów NATO na Jugosławię. Wtedy już jako podpułkownik i dowódca polsko-ukraińsko-litewskiego kontyngentu KFOR. W polskiej armii panuje zwyczaj wysyłania na pierwsze zagraniczne misje – te najtrudniejsze – młodych oficerów. Zaś później, na „wczasy w siodle”, jak w Libanie, wyjeżdżają starzy wyjadacze. Polko uśmiecha się znacząco, gdy przywołuję tę popularną wśród wojskowych młodszych roczników opinię. Łopata to nie wstyd – Nie boję się wyzwań – zapewnia. – A z Kosowem kłopotów było co niemiara. Na miejscu okazało się, że misja rekonesansowa wybrała na bazę cementownię, gdzie w czasie nalotów użyto amunicji uranowej. „Możesz się rozbijać w mieście. Ale chyba lepiej trzymać się z dala od ludności”, radzili mi Amerykanie, zbyt taktowni, by wprost kwestionować wybór grupy rekonesansowej. I tak właśnie zrobiłem – postanowiłem, że obóz stanie w polu. Jednocześnie więc realizowaliśmy patrole i budowaliśmy bazę. – Musiałem przy tym zdyscyplinować kadrę – dodaje Polko. – Bo weźmy kompanię dowodzenia – dowódca kompanii dowodzenia, dowódca plutonu dowodzenia, sierżant, który też tam za coś odpowiadał, itd. Słowem, 70% kadry i 30% zwyczajnych szwejków. Jak do roboty przyszło, to stali jeden nad drugim. Nikomu nie wypadało pracować przy młodszych stopniem. A biedny szeregowy biegał z łopatą, bo reszta szwejków na patrolu była. Wkurzyłem się i krzyczę: „Chłopy, żaden wstyd! Brać łopaty, namioty rozstawiać!”. Ślepia zrobili, jakby nie wiem co się stało. I niemal padli z wrażenia, gdy sam chwyciłem za szpadel. Totalne zobojętnienie Między kolejnymi wyjazdami na Bałkany Polko ukończył Akademię Obrony Narodowej, a w 1997 r. trzy elitarne kursy w USA – spadochronowy, naprowadzania śmigłowców i rangers. Z tego ostatniego dowódca GROM-u jest szczególnie dumny. W Polsce bowiem poza nim jest zaledwie dziesięciu oficerów, którzy ukończyli to szkolenie. Zaś spośród wszystkich zgłaszających się tylko jedna trzecia dochodzi do końca. Powód tak ostrej selekcji? Dwie, trzy godziny snu na dobę przez 62 dni wypełnione ciągłymi ćwiczeniami i mnóstwem psychicznych tortur ze strony przełożonych. Do tego podłe jedzenie w symbolicznych ilościach i równie skromne racje wody. Wszystko, by sprawdzić umiejętności dowodzenia przy skrajnym wyczerpaniu fizycznym i psychicznym. – Miałem 35 lat i dla większości kursantów byłem staruszkiem – wspomina Polko. – O tyle było mi łatwiej, że LWP uodporniło mnie na krzyki. Ale fizycznie, cóż, to była kaźń. Momentami urywał mi się film, nie wiedziałem, czy to, co przed chwilą się wydarzyło, działo się naprawdę, czy tylko we śnie. Z czasem popadłem w totalne zobojętnienie. W takim stanie nie było obawy przed skokiem spadochronowym z zaledwie 300 m, ze „świnią”, czyli karabinem maszynowym M-60 na szyi. Z oporządzeniem tak ciężkim, że nie mogłem z nim wejść po trapie do samolotu. Wyczerpany zjadał wszystko. Nawet, jak mówi, oślizłe robactwo. A gdy żołądek odmawiał posłuszeństwa, wmawiał sobie, że pałaszuje żurek i śląskie kluski – ulubione dania przyrządzane przez żonę. – Do dziś te potrawy poprawiają mu humor, gdy zestresowany wraca do domu – mówi Danuta Polko. – Z kursu wylatywały prawdziwe byki – kontynuuje dowódca GROM-u. – Kolega z czeskich sił specjalnych za to, że w jego skarpetkach znaleziono witaminy. Lecz cokolwiek by o rangers mówić, dzięki niemu wróciłem na ziemię. Warto czasem przeczołgać się po najgorszej brei. Poczuć, że jest się nie tylko oficerem dyplomowanym, ale przede wszystkim żołnierzem. Ten kurs pokazuje, jak wiele barier z pozoru nie do pokonania można pokonać. Test na zaufanie W czerwcu 2000 r. Polko objął dowództwo GROM-u. Komandosi nie kryli nieufności. – Był z zewnątrz – broni byłych podwładnych gen. Sławomir Petelicki, twórca i pierwszy dowódca formacji. – Ale szybko pokazał klasę i został zaakceptowany. Bo w gruncie rzeczy GROM to wymarzona jednostka dla takiego profesjonalisty jak on. – Przyszedłem tu nie na casting, lecz po to, by realizować konkretne zadania – wspomina Roman Polko. – Nie bardzo przejmowałem się tym, że nowi podwładni patrzą mi na ręce. Ale z drugiej strony, nie chciałem, by mój autorytet opierał się jedynie na formalnej władzy. Z pomocą przyszli sami żołnierze – zaproponowali dowódcy udział w ćwiczeniach, w charakterze… zakładnika. Skrępowanego postawiono między tarczami w kształcie ludzi. Chwilę później w stronę tekturowych „terrorystów” posypał się grad kul. – A u nas ćwiczy się z ostrą amunicją – podkreśla logistyk GROM-u. – W wersji FX. Wystarczy, by taki pocisk musnął włos i z głowy zostałaby miazga. W ten sposób pułkownik udowodnił, że ufa profesjonalizmowi żołnierzy, a im samym dał dowód osobistej odwagi. Dalej było już z górki. Nie tak gładko jednak układały się relacje Polki ze zwierzchnikami. Jeszcze przed jego przyjściem do GROM-u nad jednostką zawisły czarne chmury. Do dziś zresztą w kącie saloniku pułkownika stoją rozprute drzwi sejfu – efekt pamiętnej „nocy Pałubickiego”. I choć minister koordynator rozmył się w niebycie, po nim do ataku przystąpili wojskowi konserwatyści, którym nie w smak była elitarność grupy. Pojawiły się pomysły rozproszenia żołnierzy po innych jednostkach czy przerobienia GROM-u w oddział żandarmerii. Gdy komandosom obniżono uposażenia, kilkudziesięciu zrezygnowało ze służby. – Pułkownik walczył o jednostkę jak lew – mówi z szacunkiem gen. Petelicki. Podanie o dymisję – Z czasem miałem już dość – wyznaje dowódca GROM-u. – Gdy kilka miesięcy temu powrócił wielokrotnie przeze mnie kwestionowany pomysł okrojenia formacji o zespół wodny, doszedłem do wniosku, iż tego swoją obecnością w wojsku firmował nie będę. Napisałem wypowiedzenie. – A mógł na wszystko się zgodzić – mówi jeden z oficerów GROM-u. – Te pomysły realizowano by nie dziś, ale za kilka lat. W tym czasie Polko byłby gdzieś w sztabie, a cały ten bigos spadłby na głowę nowego dowódcy. I wtedy mógłby sobie poużywać: „Popatrzcie, co za gnój, ale się rozbrykał. Jak ja byłem, to było dobrze”. Ale to do pułkownika niepodobne. – Poprosiłem o wizytę u ministra Szmajdzińskiego – opowiada Polko. – Przebieg spotkania skłonił mnie do wycofania się z zamiaru opuszczenia służby. Dowiedziałem się, że nie ma mowy o osłabieniu GROM-u. Przeciwnie, minister zapewnił mnie, że jednostka będzie wzmacniana. Podobne deklaracje usłyszałem od premiera, a wcześniej od prezydenta. Na razie sypiam spokojniej. Sprawa wspomnianego wypowiedzenia wyszła na jaw dopiero po powrocie Romana Polki z Iraku. Wtedy też pojawiły się spekulacje, w myśl których odwołanie go z nad Zatoki Perskiej było karą za zdjęcie żołnierzy GROM-u pod amerykańską flagą. – Dowódca powinien być tam, gdzie jednostka realizuje najważniejsze zadania – mówi z przekonaniem i od razu dodaje, że szczegółów irackiej misji nie może ujawniać. – Szczęśliwie moje myśli podzielał minister. To on wysłał mnie w delegacji na Bliski Wschód. Oczywiście, napisałem prośbę o przedłużenie pobytu w Iraku, zdając sobie sprawę, że wojna potrwa jeszcze tydzień, dwa, i chcąc do końca realizować zadania. Ale wiedziałem również, że wszystko jest na dobrej drodze i spokojnie mogę wracać do Polski. Strategiczne argumenty – I rzeczywiście wróciłem na uczelnię – kontynuuje Polko. – Wkrótce zostanę absolwentem Podyplomowych Studiów Strategicznych w Akademii Obrony Narodowej. Po co mi to? Kiedy prezentowałem argumenty za rozwojem sił specjalnych, wielokrotnie słyszałem: „Pan nie myśli strategicznie, bo nie skończył pan PSOS-u. Pan tam pójdzie, pouczy się i wtedy pewne rzeczy zrozumie”. No to poszedłem… W środowisku młodych oficerów panuje przekonanie, iż po Iraku Polce należy się nominacja generalska. – Jeśli ją dostanę, to świetnie, jeśli nie, to nie – kwituje ten pogląd sam zainteresowany. I dodaje, że w rzeczywistości, biorąc pod uwagę znaczenie GROM-u, już teraz jest na górze. Na samym szczycie. Zapytany kiedyś przez dziennikarza, co jest jego największym sukcesem, Polko miał odpowiedzieć, że zdobycie żony. O jej rękę starał się blisko dwa lata, jeżdżąc z Dziwnowa do oddalonego o tysiąc kilometrów Bielska-Białej, gdzie wówczas pracowała jego wybranka. A porażka? Tej kategorii pułkownik ma nie uznawać. Choć chciałby skończyć wreszcie z weekendowym charakterem własnej rodziny – móc na co dzień przebywać z żoną i dziećmi. Częściej odwiedzać rodzinne Tychy i dom rodziców. A wieczorami w domowym zaciszu mieć czas na to, by bez pośpiechu napić się ulubionej herbaty o smaku pomarańczowym. Podobne wpisy
Vinci to ksywa byłego żołnierza GROM, który pomagał EA w przełożeniu militarnych realiów do nowego Medal of Honor. Oprócz fachowej wiedzy, Vinci użyczył też grze własnego wizerunku. To właśnie on widnieje na polskim wydaniu Ile GROM-u jest w GROM-ie? Ile GROM-u jest w grze? Wiemy, że jest zezwolenie jednostki na wykorzystanie nazwy, ale jak się to przekłada na rozgrywkę? Vinci: W singleplayerze jest cała jedna misja, w której są żołnierze GROM-u i jest to jedyna niewywodząca się z USA jednostka, z którą Amerykanie kooperują. Jeżeli chodzi o sam wizerunek GROM-u, to jeżeli byś porównał zdjęcia, które zrobiliśmy w materiałach referencyjnych do tego co jest w grze, to każde zadrapanie jest oddane z tych zdjęć do gry. Jest bardzo autentycznie. A możesz zdradzić co to jest za misja? Poprzedni Medal of Honor był inspirowany bardzo silnie realnymi zdarzeniami. Podobnie będzie w "dwójce"? To jest misja w której naprawdę GROM brał udział z Amerykanami? Nie można powiedzieć, że to jest taka sama misja jaka miała miejsce. Pewne rzeczy są jak najbardziej zgodne z realiami, natomiast nie jest to stricte jakaś misja, w której GROM brał udział z jednostkami specjalnymi ze Stanów Zjednoczonych. Jestem militarnym laikiem i mam kategorię D w wojsku, ale domyślam się, że każda jednostka ma swoje taktyki, sposób działania. Czy jest to zauważalne w grze, że mamy do czynienia z GROM-em? To nie ma akurat czym się chwalić :) To od gracza zależy, w jaki sposób porusza bohaterem. Natomiast kiedy pracowaliśmy nad ta grą byliśmy w Los Angeles i tam pokazywałem w jaki sposób żołnierze GROM-u trzymają broń, jak zmieniają magazynki, jak mają dopasowany sprzęt na sobie. Jednostki specjalne to jest jedna rodzina. Wszyscy są podobni w działaniu, ale są właśnie takie delikatne różnice, które chcieliśmy podkreślić w grze. Czyli w Los Angeles brałeś udział w sesji motion capture, zgrywali z ciebie animacje, czy tylko konsultowałeś całość? Filmowali moje ruchy na normalnej kamerze i już wiem, że będzie to oddane w grze. Omawialiśmy, w jaki sposób przebiega działanie jednostki GROM. Miejmy nadzieję, że to wszystko będzie w grze, bo nie widzieliśmy jeszcze akurat tego elementu. Medal of Honor jest opowieścią o wojsku, o armii, ale jednak bardzo spersonalizowaną. Są tam zarysowane postacie, znane z nazwiska, twarzy. Jak to jest z żołnierzami GROM-u? Rozmawialiśmy z producentami gry i daliśmy tym postaciom ksywy, którymi się posługują byli żołnierze jednostki GROM. Rozmawialiśmy też na temat relacji pomiędzy polskimi żołnierzami a żołnierzami jednostek, z którymi będziemy współpracować w grze, to będzie Neavy Seals. Co ciekawe, co bardzo śmieszne, jednym z konsultantów po stronie amerykańskiej jest kolega, z którym byliśmy w Bagdadzie. W czasie tej misji fabularnej będzie więcej takich smaczków, jak na przykład hasło "czysto" na trailerze z E3? W wersji dla polskich graczy GROM-owcy będą mówili po polsku i będą posługiwali się językiem takim jakim posługują się podczas działania. Cały czas pracujemy nad tym, żeby polska wersja językowa była jak najbardziej zbliżona do języka jakim posługują się żołnierze GROM. A dubbingują żołnierze czy aktorzy? Na szczęście aktorzy. Czemu na szczęście? Roman Polko był w konkurencyjnej grze, wypadł średnio. Każdy ma swoją profesję. Ja nie chcę komentować niczyich wystąpień. W MOH będą pracować profesjonalni aktorzy, ci sami którzy pracowali nad Battlefield 3. To twoje zdjęcie znajduje się na polskiej wersji okładki Medal of Honor? Tak. W innych krajach są żołnierze z innych jednostek, czy w Polsce jest tylko taki wyjątek, że jesteś ty? W Stanach jest globalna okładka z aktorem, który nie ma zasłoniętej twarzy. Natomiast niektóre kraje mają wersje swojej okładki. Wielka Brytania ma SAS, Australia ma SASR, ale my byliśmy pierwsi. Pytanie natury osobistej - czy w ogóle grasz w gry komputerowe? Gram, dlatego bardzo się cieszę, że tutaj przyjechałem i mogłem brać udział w tym całym przedsięwzięciu. Jak oceniasz oddanie wirtualnego pola bitwy w grach do tego realnego? Już to wielokrotnie mówiłem, że podstawowa różnica jest taka, że na realnym polu bitwy nie masz drugiej szansy. I to jest podstawa. Ale czy są jakieś wypracowane w grze zachowania czy nawyki, które mogą być przydatne w walce? Z tego co wiem w armii Stanów Zjednoczonych wykorzystuje się takie eventy jak ten, takie spotkania gdzie są gracze - i rekrutuje się ludzi którzy mają opanowanego pada. Wykorzystuje się ich do pracy w armii Stanów Zjednoczonych. Tacy ludzie sterują dronami, robotami. To gdzie tutaj mogę CV zostawić? Jest tutaj jeden facet z Delta Force, więc możesz spróbować.
Electronic Arts promuje swoją ostatnią grę akcji zaangażowaniem operatorów jednostki specjalnej GROM. Postanowiliśmy porozmawiać na ten temat z podpułkownikiem Krzysztofem Przepiórką, byłym członkiem GROMu, a obecnie prezesem Fundacji Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych Jak wyglądały początki jednostki GROM? Skąd było brane know-how? ppłk Krzysztof Przepiórka: W końcówce lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zostały powołane milicyjne jednostki specjalne pod dowództwem generała Misztala. Jednak w tym czasie nie dysponowali oni jakąkolwiek wiedzą jak działać. Można powiedzieć, że przecierali szlak dla późniejszych formacji. Na początku lat dziewięćdziesiątych doszło do dużego zderzenia wypracowanych przez nich taktyk, z tym co było na Zachodzie. Byliśmy szkoleni jako pierwsi żołnierze przez amerykanów. Kiedy pojechałem do Stanów Zjednoczonych, to byliśmy pierwszym zwartym oddziałem Wojska Polskiego, na dodatek jeszcze Ludowego, to strasznie nam tam nie ufano. W samolocie i samochodach były zasłonięte szyby, a my nie mieliśmy pojęcia gdzie nas wywieźli. Dopiero po czterech latach okazało się, że byliśmy wtedy na Florydzie. Domyślaliśmy się jedynie, że znajdujemy się gdzieś na południu kraju. Jak już wspomniałem, to zderzenie było dla nas szokiem. Dobrze pamiętam taką sytuację. Uważałem się za dobrego strzelca. W swojej karierze odnosiłem nawet jakieś sukcesy w zawodach strzeleckich, gdzie trafiać trzeba było do tarczy oddalonej na 25 metrów. A tutaj Amerykanie ustawiają mnie na pięć metrów. Myślę sobie: "Boże, takiego mistrza, na pięć metrów!". I co się okazało? Że nie potrafię strzelać. Tam było strzelanie sytuacyjne, pod wpływem stresu, czyli takie jakie występuje w normalnej walce. Dopiero wtedy przejrzeliśmy na oczy że tak może, a nawet powinno, wyglądać szkolenie. Tak przeprowadzane treningi były w ogóle nie do pomyślenia w Polsce. Wchodzenie i strzelanie w jednym zamkniętym pomieszczeniu stojąc praktycznie metr, czy pół metra jeden od drugiego? Czegoś takiego nikt nie przewidywał w cyklu szkolenia polskich jednostek specjalnych. A tam był to chleb powszedni. Nasza taktyka nie była dostosowana do realiów prawdziwego pola walki. Myśmy wręcz nie mieli taktyki. Byliśmy mocno zmotywowani, za to taktycznie byliśmy w czarnej dupie. Dla nasz wszystkich była to nauka od zera – od strzelania zaczynając, po działania operatorskie. Z jakimi jednostkami współpracuje GROM? ppłk Krzysztof Przepiórka: Najlepsza współpraca jest z Amerykanami, z Delta Force, SEALS Team 10. Naszymi "profesorami" byli na początkowym etapie żołnierze SAS i SBS. Teraz to "gromowcy" są dla innych "profesorami". Dobra jest francuska jednostka GIGN, Czesi mają świetną grupę... Wszystkie te jednostki są na podobnym poziomie. Terroryzm jest wrogiem międzynarodowym i wszystkie państwa zdają sobie sprawę z tego, że ich grupy muszą być przygotowane na jednakowym poziomie. Jakimi rodzajami działań zajmują się operatorzy GROMu? ppłk Krzysztof Przepiórka: Operatorzy GROMu są przygotowani do tzw. "czarnej taktyki", czyli działań antyterrorystycznych, "zielonej taktyki" - głębokie rozpoznanie, a także "niebieskiej taktyki" będącej wszelkiego typu akcjami na morzu. Ile czasu trwa służba w GROMie? ppłk Krzysztof Przepiórka: Nie ma określonego okresu czasu? Generalnie w tego typu służbach na świecie trwa ona w granicach dziesięciu lat. Mówię tutaj o takim operatorze, który jest najbardziej czynny i efektywny. Najczęściej komandosi są między trzydziestym, a czterdziestym rokiem życia, acz nie ma reguły w tym temacie. Po czterdziestce żołnierze też służą, ale przechodzą do innych komórek, na przykład do szkolenia, czy wywiadu. W ten sposób wykorzystywany jest cały zakres służby, która trwa 25 lat. Za to dziesięć lat na pozycji operatora to jest takie optimum. Czy operatorzy GROMu mają podwójne specjalizacje? ppłk Krzysztof Przepiórka: Oczywiście tak. Każdy żołnierz potrafi przejąć zadanie innego operatora. Można przyjąć, że każdy z nich ma przynajmniej dwie specjalizacje, które ma opanowane po mistrzowsku. Poza tym komandosi pogłębiają swoją znajomość języków obcych oraz zdobywają dyplomy wyższych uczelni. W jednostce jest kilku doktorów, dwóch ma nawet habilitację. Mamy wielu psychologów, gdyż zrozumienie działania naszego umysłu jest niezmiernie ważne w tym zawodzie. Jak wygląda kwestia uzbrojenia w GROMie? Czy operatorzy mają dowolność w doborze sprzętu? ppłk Krzysztof Przepiórka: Każdy ma swoją ergonomię, i do tego dopasowuje sprzęt dostępny w jednostce. Jeden woli strzelać z H&K USP, inny z Waltera, trzeci z Glocka, czy Sig Sauera. Jeżeli takie egzemplarze są dostępne, to oczywiście może z nich korzystać, ponieważ jest mu to potrzebne do swojej ergonomii. Innymi słowy, łatwiej się mu tą bronią posługiwać. Ważna jest jedynie kwestia kompatybilności amunicji, by była ona zunifikowana. W ten sposób na polu walki żołnierze mogą w razie potrzeby wymienić się amunicją o tym samym kalibrze. GROM jest bardzo dobrze wyposażony, w uzbrojenie najwyższej klasy. Ponoć operatorzy nieraz sami dokupują sobie elementy wyposażenia według własnych preferencji. Czy to prawda? ppłk Krzysztof Przepiórka: Tak, to prawda. Każdy operator obserwuje nowinki pojawiające się w tym sektorze, i jeśli nie ma tego w magazynie, a jemu jest to niezbędne, to nie ma problemu, aby to sobie zakupił i z tego korzystał. Takie praktyki nie zdarzają się tylko w GROMie. W pierwszym Pułku Komandosów z Lublińca żołnierze także kupują jakieś wyposażenie zgodne z ich potrzebami. Są to jednak ogólnie jednostkowe przypadki. Co znajduje się w standardowym rynsztunku operatora GROMu? ppłk Krzysztof Przepiórka: Hełm, noktowizor, kamizelka kuloodporna, radiostacja do komunikacji, broń główna i zapasowa. Wszystkie te elementy mogą być rozmieszczane tam, gdzie operatorowi jest wygodnie. Natomiast jedyną rzeczą, która zawsze musi znajdować się w tym samym miejscu u wszystkich członków oddziału to opatrunek osobisty. Chodzi oto, że gdy ktoś zostanie ranny, to nie można tracić czasu na szukanie podręcznej apteczki. Wszyscy wiemy, że u nas ten opatrunek znajduje się w jednym, określonym miejscu. Ile czasu potrzeba na osiągnięcie pełnej sprawności bojowej od chwili ogłoszenia alarmu? ppłk Krzysztof Przepiórka: Na pewno GROMowi czasu wystarczy. Na wszystko. Tak na poważnie, nie możemy mówić o gotowości bojowej, ponieważ każdy oddział ma swój harmonogram. Część osób ma wolne, inni są na szkoleniu, jeszcze inni biorą udział w misji. Można to zobrazować następująco: Żyjemy wszyscy w czterech alertach. Pokolorujmy je: zielony, żółty, pomarańczowy i czerwony. W zielonym odpoczywamy, "resetujemy się", leżymy plackiem na Karaibach, a piękne dziewczyny wachlują nas liśćmi palmy. Alert żółty jest wtedy, kiedy się szkolimy, uczymy, ogólnie pracujemy. Pomarańczowy następuje, kiedy zaczynają pojawiać się symptomy sytuacji kryzysowej. Jeszcze nic konkretnego się nie dzieje, ale nasza gotowość jest znacznie podniesiona. No i na końcu jest czerwony alert, następuje pełna gotowość bojowa, a naszym zadaniem staje się przełamanie kryzysu. To najczęściej trwa bardzo krótko, to są właśnie te operacje antyterrorystyczne. Po tym wszystkim wracamy do punktu wyjścia. Tutaj też pojawia się kwestia długości służby. Operator jednostki działa głównie w tych dwóch ostatnich alertach, i organizm człowieka oraz jego psychika nie daje takiej możliwości, aby ciągnąć to zbyt długo. Tężyzna fizyczna komandosów to jedno, ale także sfera psychiczna jest niezmiernie ważna. W tak specyficznym zawodzie operatorzy mierzą się z bardzo trudnymi zadaniami, i jakoś muszą sobie z tym radzić. Jak duże wsparcie jest potrzebne w tym zakresie? ppłk Krzysztof Przepiórka: Po to jest cały proces selekcyjny, który składa się nawet z kilkunastu etapów. Chodzi w nim o to, aby wyłuskać kandydatów posiadających właściwą psychikę i odporność na stres. Później, w trakcie ćwiczeń i misji ta psychika się hartuje, ale mamy już człowieka przygotowanego. Do GROMu nie trafiają "surowi" ludzie, którzy po misji wróciliby do domu ze stresem pourazowym pola walki. Nie zdarzyło się tak do tej pory. Oczywiście, nagromadzone wrażenia i napięcia psychiczne muszą mieć swoje ujście. Gdzieś człowiek musi się "zresetować". Po to są organizowane różne wydarzenia, spotkania, odpowiednio planowane są urlopy. Wsparcie psychologów wojskowych z jednostki jest też jak najbardziej dostępne. Nie znaczy to, że można uniknąć różnych rzeczy. Mamy tu przykład naszego szefa, generała Petelickiego. To jest tak, że przez całe życie niesiemy plecak, i często mamy pod górkę. I jeszcze jak do tego plecaka dokładamy kamienie, to żaden organizm tego nie wytrzyma, kiedyś może to nas przygnieść. Chodzi o to, żeby odcinać kupony od życia, czyli wykładać te kamienie i iść do przodu. Myślę, że tutaj generał wziął za dużo na siebie. To taka moja prywatna refleksja. O szkoleniu i selekcji Jakie trzeba spełniać warunki, aby dostać się do jednostki GROM? ppłk Krzysztof Przepiórka: Trzeba być przede wszystkim dobrze zmotywowanym. Trzeba mieć poukładane w głowie i wiedzieć, czego się chce. Przygotowywać się do selekcji należy mocno od strony mentalnej. Często ludzie przychodzą na selekcję, zakładają plecak, idą, a po chwili mówią, że już nie mogą. Ja zawsze wtedy mówiłem, że: "W trakcie konfliktów, II wojny światowej, czy na Bałkanach, to matki z dziećmi na rękach szły po kilkadziesiąt kilometrów. A Ty z plecakiem nie możesz?". Tak więc to kwestia mentalności i odpowiedniego zmotywowania. Żołnierz startujący w selekcji musi być żołnierzem zawodowym z przynajmniej kilkuletnią wysługą. W GROMie nie ma czasu na uczenie regulaminów i sposobu poprawnego oddawania honorów. Tu odbywa się już samo przygotowywanie do działania. Ważne jest też, aby start miał miejsce w okolicach trzydziestego roku życia. Dobrze jest też, aby kandydat miał już rodzinę. Wtedy zarysowuje się wyraźna granica między brawurą, a ryzykiem wkalkulowanym w zawód. Jeśli ktoś nie potrafi tego zrobić, to nie powinien zostać żołnierzem. Młody chłopak, naładowany testosteronem, z założeniem "idę, będę strzelał, pojadę sobie na wojenkę, trochę pieniędzy zarobię, i przeżyję przygodę", to nie jest żołnierz. Trzeba zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, właściwie oceniać sytuację. Po to potrzebna jest selekcja, aby wybrać odpowiednie osoby. Oczywiście należy być sprawnym fizycznie. Celowo zostawiam ten aspekt na sam koniec. To jest tak, że jeśli ktoś wyraźnie odstaje od reszty grupy, to ona sama go wyeliminuje. W jednostce nie organizuje się zajęć fizycznych i nigdy się tego nie robiło. O to trzeba dbać samemu, to jest w końcu narzędzie pracy. O tym się nawet nie powinno mówić. Za moimi plecami muszę mieć kogoś, na kim polegam i w pełni mu ufam. Ktoś, kto mnie nie zawiedzie. Zespół to jest taka pięść, która uderza. Nie ma "gwiazd", zespół to jest jedność. A kto z tego zespołu wystaje, to proszę sobie z tej zaciśniętej pięści wyobrazić środkowy wyciągnięty palec. Jak wygląda szkolenie w GROMie? ppłk Krzysztof Przepiórka: Po selekcji rozpoczyna się dziewięciomiesięczne szkolenie podstawowe. Poszczególni członkowie grupy szturmowej mają różne kursy w zależności od specjalizacji, a na samym końcu się to wszystko scala. Na końcu tego okresu stają się oni pełnoprawnymi żołnierzami jednostki. Oczywiście po tym szkolenie przebiega przez cały czas. Nie można sobie odpuścić. Przez cały okres służby odbywają się kursy, ćwiczenia, wymiana wiedzy i doświadczeń. Współpracujemy z innymi jednostkami z całego świata, i na podstawie tego co się zdarzyło dopasowuje się taktykę, technikę działania, żeby być przynajmniej dwa kroki przed terrorystami. Jak wygląda kwestia walki wręcz? Czy jest to autorska technika, czy też wykorzystywany jest jakiś znany system tj. Krav Maga? ppłk Krzysztof Przepiórka: W tym temacie jest dużo mitów. Pamiętajmy, że jak operator dopuści przeciwnika na odległość bliższą niż wyciągnięta ręka to jest po nim. Tam gdzie ludzi kupa, tam i komandos dupa. To nie są cyborgi. Można natrafić na wroga o posturze Andrzeja Gołoty, który na dodatek jest świetnie wyszkolonym bokserem, i zapewne każdego z nas szybko by załatwił. Ale zawsze te nasze 9 milimetrów będzie szybsze od jego ciosu. Oczywiście, każdy trenuje, ponieważ zdarzają się różne sytuacje, ale wchodząc do działania nie będziemy naparzać się rękoma, czy stosować chwyty judo. Nie po to trenuje się taktykę z użyciem broni, aby wdawać się potem w bijatykę. Ujmę to jednak tak: Żołnierz GROMu umie się obronić. Ile szacunkowo kosztuje wyszkolenie jednego operatora GROMu, czy jednostki specjalnej? ppłk Krzysztof Przepiórka: W skali całej służby jest to kilkadziesiąt milionów złotych. Licząc na osobę. O Medal of Honor: Warfighter i grach wideo Gra Pan w gry komputerowe? ppłk Krzysztof Przepiórka: Nie. To nie moje pokolenie, prędzej to pokolenie moich synów. Ale osobiście nie mam nic przeciwko grom. Znakomita większość młodych ludzi gra, i nie widzę w tym nic zdrożnego Czy w szkoleniu operatorów GROM wykorzystuje się gry wideo, lub symulatory? ppłk Krzysztof Przepiórka: Na pewno tak, na przykład w szkoleniu strzeleckim. Nie polega to jednak na trzymaniu myszki, czy innego kontrolera. Jest to zdecydowanie bardziej zaawansowana technologia. Pokazaliśmy pułkownikowi Przepiórce kilka fragmentów gry Medal of Honor: Warfighter. Znalazły się tam sekwencje wchodzenia do pomieszczeń, pierwsza misja i scena osłaniania szturmu przez śmigłowce. Pokazane sekwencje są typowymi elementami widzianymi we współczesnych grach akcji, często sygnowanych rzeczywistymi nazwami jednostek specjalnych. Jak pan to odbiera? ppłk Krzysztof Przepiórka: W każdej grze widać trochę Hollywood. Natomiast komendy są wydawane prawidłowo, w większości takich sytuacji odbywa się to wizualnie – porozumiewamy się znakami. Kiedy jesteśmy w ferworze walki, kiedy do człowieka napływa bardzo dużo informacji, dobrze jest uzupełnić sygnał werbalnie. Akcja i broń – tak, z taktyką, na podstawie tych fragmentów... Nie umiem tego ocenić właściwie – raz, że nie gram w gry, a dwa, że to za mało, by cokolwiek z tego wyciągnąć. Natomiast dobrze prezentuje się to dla młodego człowieka. Tu też ważna rzecz, żebyśmy nie wylali dziecka z kąpielą. Jeżeli w pracach nad grą uczestniczyli konsultanci z jednostek specjalnych, to oni wiedzą co mogą powiedzieć, żeby terroryści nie wykorzystali takiej taktyki. W rzeczywistości nie do końca tak to będzie wyglądało, żebyśmy nie dali pożywki bandziorom. Czy w niektórych akcjach, gdy dochodzi do tego typu zamieszania, nie opłacałoby się bardziej wysłać drona? ppłk Krzysztof Przepiórka: Trzeba pamiętać, że jednostki specjalne są używane na styku z ludnością cywilną. To ma być to chirurgiczne cięcie. Jeżeli zrobilibyśmy totalny Armagedon bez użycia sił specjalnych, mogliby zginąć cywile. Ale czy było to tym chirurgicznym cięciem? ppłk Krzysztof Przepiórka: Powtarzam, to jest tylko gra – to nie ma nic wspólnego, tu musi być dramaturgia. Nikt by jej nie kupił w innym przypadku. Uważam, że gra i Hollywood rządzą się swoimi prawami. Ostatnio mieliśmy premierę nowego filmu o Jamesie Bondzie – co to miało wspólnego z działalnością agentów? Nic. Poza terminami, które były używane, ale stanowi to może 5% działalności. Pozostałe 95% to czyste Hollywood. Pierwsza sekwencja, którą pan widział, to przebijanie się przez drzwi. Jak można ocenić takie sceny? ppłk Krzysztof Przepiórka: Nie będziemy o tym rozmawiać. Nawet nie pytajcie mnie o taktykę. Na pewno dało się jednak zauważyć spowolnienie czasu, gdy drzwi zostały sforsowane. Czy w rzeczywistości taki operator ma świadomość lekkiego "zwolnienia czasu"? ppłk Krzysztof Przepiórka: Operator nie odczuwa "zwolnienia czasu", wszystko dzieje się bardzo szybko. Dobra była sekwencja zaskoczenia. Zanim wejdziemy do rejonu działania, żeby osiągnąć sukces, musimy mieć ten element. Bez zaskoczenia jest dupa, nie ma o czym gadać. Jak wyglądają "misje oczekujące", gdzie żołnierze godzinami obserwują cel, zanim podejmą działania? Widzieliśmy, że główny bohater spędza na tym osiemnaście godzin, zanim oddał strzał. Normalnie zostałby podmieniony? ppłk Krzysztof Przepiórka: To jest decyzja dowódcy, on ocenia możliwości swoich żołnierzy. Do każdego zadania są przygotowani ludzie. On wie, że – przykładowo – ten człowiek może funkcjonować tyle, a ja mam rezerwy takie. To jest kwestia dowodzenia i elastycznego podejścia. Nie można wystawić człowieka, bo nie wykona on zadania. Po 24 godzinach będzie problem. Żołnierz ma wiele obowiązków, ale ma jedno niezbywalne prawo: być dobrze dowodzonym. A co ze sceną ostrzału wprost z helikoptera wioski pełnej terrorystów. Znalazłoby to normalnie zastosowanie? ppłk Krzysztof Przepiórka: Często używane są śmigłowce. Nawet w przekazach internetowych można, na YouTube’ie, możemy sobie pooglądać, jak działają Apache, Cobry czy te małe śmigłowce, w których są załogi sił specjalnych (Little Bird – przyp. Red.). Oni są uzbrojeni, nawet snajperzy strzelają w takich warunkach. Żołnierze są uzbrojeni w działka wielolufowe, Vulcany i tak dalej. Spełniają rolę takiego czołgu, który jest na górze i prowadzi ostrzał. Wspomnieliśmy już, że unikana jest walka w zwarciu, ale jak ocenić można użycie narzędzia, który w grze wymieniane jest jako Tomahawk? ppłk Krzysztof Przepiórka: To nie był Tomahawk. Jest sekcja ciężka i lekka. Ciężka ma na wyposażeniu taką rzecz, jak Chuligan. To jest łom z różnymi zakończeniami – można drzwi podważyć, wyrąbać. Wejścia do pomieszczenia mogą być różne, czy to metodą wybuchową, czy przestrzeliwując zamki lub zawiasy. Albo używać tego typu narzędzi. W grach pojawia się trend, gdzie główne postaci coraz częściej posiadają łuk (lub kuszę). Jak odnosi się pan do tego typu rozwiązania i jego przydatności? ppłk Krzysztof Przepiórka: To chyba z Rambo jest wzięte... Myślę, że nie. To jest cicha broń, ale nieprecyzyjna, cokolwiek by o niej powiedzieć. Może z kuszami jest łatwiej, ale od tego są tłumiki, by wyciszyć całą akcję. Więc nie, nie jestem zwolennikiem łuków. Ale proszę bardzo... W rozgrywkach sieciowych różnych gier gracze mają możliwość wcielania się w odmienne frakcje, przez co często do rywalizacji między sobą stają jednostki specjalne. Jak można to ocenić? ppłk Krzysztof Przepiórka: Fajnie, ze w takiej grze znalazł się żołnierz GROM-u. Dla młodego człowieka potrzebny jest bohater. Cały czas miał SAS, Delta Force czy Navy Seals, a my potrzebujemy takich postaci. W taką produkcję grają setki czy tysiące ludzi, młodych, którzy mają w końcu swojego bohatera, GROM-owca. I dobrze. My tak naprawdę patriotyzmu uczyliśmy się na Stawce większej niż życie, czy Czterech pancernych i psie. Moje pokolenie przynajmniej. Teraz wchodzi Misja Afganistan. Mam nadzieję, że będziemy się mieli na czym wzorować, będziemy mieli swoich bohaterów. O Fundacji Czym zajmuje się Fundacja Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych Po co została powołana do życia? ppłk Krzysztof Przepiórka: Fundacja powstała w 1997 roku. W połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, decyzją szefa Sztabu Generalnego zostały zlikwidowane jednostki specjalne. Wtedy tak naprawdę w Wojsku Polskim został jedynie Pułk Specjalny z Lublińca, GROM i Formoza. Pomysłem założycieli fundacji było zagospodarowanie w jakiś sposób tych zawodowych żołnierzy, którzy odeszli. Aby mieli jakąś swoją organizację. A mówimy tu o kilkuset osobach, z których część przeszła do cywila, inni zostali przeniesieni do rożnych jednostek niezwiązanych z działaniami specjalnymi. Stąd też koncepcja powołania do życia organizacji skupiających tych wszystkich "specjalsów". Po części się to udało, choć szło to z pewnymi oporami, acz teraz na naszych zajęciach i spotkaniach, które organizujemy jest coraz więcej ludzi z tych jednostek. Fundacja nie skupia tylko i wyłącznie byłych operatorów GROMu, ale też byłych żołnierzy innych polskich jednostek specjalnych. W jednym z wywiadów, poprzedni prezes Fundacji wspomniał, że jednym z powodów powołania organizacji było zapobieganie "przechwytywaniu ex-komandosów przez grupy przestępcze, które zatrudniają ich w roli instruktorów". Jak aktualnie wygląda sytuacja? ppłk Krzysztof Przepiórka: Mój świętej pamięci przyjaciel Leszek Drewniak trochę na wyrost powiedział o tej przestępczości zorganizowanej. Nie znam żadnego żołnierza GROMu, czy byłego żołnierza, który przeszedłby na "ciemną stronę mocy". Wynika to z procesu selekcyjnego, a także – nie chcę tego nazywać patetycznie – patriotyzmu, ale takiego autentycznego, gdzie nikt nie myślał o tym aby przejść do grup przestępczych. Problemem jest to, że nie ma w Polsce systemu, który by zagwarantował ludziom posiadającym unikatową wiedzę zagospodarowanie ich umiejętności. Wydaje się, że jesteśmy bardzo bogatym krajem, bo ja na przykład, kiedy wkładam w kogoś pieniądze, to chciałbym je odzyskać. Tak powinno robić państwo polskie. Taka sytuacja nie dotyczy tylko "specjalsów", ale też pilotów, gdzie ładuje się miliony złotych, a w skali globalnej całe miliardy, i jakoś nie potrafimy tego odzyskać. Szkoda. Czym zajmuje się Fundacja? W jaki sposób zagospodarowywana jest unikatowa wiedza byłych komandosów? ppłk Krzysztof Przepiórka: Przede wszystkim prowadzimy szkolenia z zakresu bezpieczeństwa na przykład dla banków, dla rożnych placówek i firm. Mają one także walor edukacyjny. Robimy też audyty systemów bezpieczeństwa w przedsiębiorstwach od technicznego zabezpieczenia obiektów po ochronę fizyczną. Dziękujemy za rozmowę. ppłk Krzysztof Przepiórka: Dziękuję bardzo. *** Dodatkowe pytania i odpowiedzi przeczytacie w wywiadzie opublikowanym w Magazynie GAMER.
wywiad z żołnierzem gromu